Mam fenomenalnie dobrą pamięć, zapamiętam ci wszystko, każdy twój ruch, każde słowo i każdy ból, a w swojej nieprzeniknionej dobroci jestem w stanie nawet wszystko ci wybaczyć, ale nie zapomnę nigdy, bo w mojej głowie za dużo jest dróg, neuroprzekaźników, których wspólnym punktem jesteś ty!
Pomyśleć, że kiedyś wydawało mi się, że czułość z twojej strony to dla mnie nagroda, że muszę zasłużyć, byś zechciał spojrzeć na mnie przychylnym okiem, że muszę być grzeczna, posłuszna, miła, dokładnie taka jak chcesz. Czyli jaka? Powinnam nie odzywać się niepytana? Powinnam przyjmować o jeden cios więcej, żeby statystyka była lepsza? Powinnam być głupiutką, ładną laleczką, która wszystkie spodnie wrzuca do pieca, bo szanowny Pan szowinista kocha sukienki? Żebrałam o czułość, ale jej nie dostałam, więc stałam się chłodna, racjonalna, idealnie wpasowana w mundur, schemat i chłodną kalkulację. Tak bardzo pragnęłam twojej akceptacji, łaknęłam pochwały, jak głodny pies, nie dostałam jej, więc o ironio uczyłam się, by być kimś! Nauczyłam się rozumieć innych, wyciągać wnioski, naprawiać życie i myśli ludzi, nauczyłam się ich bronić, nauczyłam się walczyć. Robiłam wszystko byś mnie wysłuchał, byś chciał zrozumieć, nie chciałeś, a to pech… Nauczyłam się więc mówić inaczej, wyrażać głośno swój ból, tęsknoty i rozterki…, których ty nie słyszałeś.
Pewnego dnia, jak w bajce, bo wydaje mi się, że to było tak dawno, dawno temu, chyba za lasami, podszedłeś do mnie i stwierdziłeś, że dusisz się, że potrzebujesz spróbować czegoś więcej, że nie czujesz się wolny, że gdy na chwilę odejdziesz będzie lepiej, intensywniej, inaczej, że wrócisz do mnie odmieniony. Zdziwiło, mnie, że w momencie, w którym do reszty zdeptałeś moje uczucia mówiąc o rozstaniu, próbowałeś również zdeptać moje mocno już nadwątlone poczucie wartości i zniszczyć szacunek, jakim pomimo tylu upokorzeń próbowałam się darzyć. Jedyne co powiedziałam, to nie odchodź, ale ty zapewniłeś – wrócę, będę wtedy taki, jakim chcesz bym był, nie dramatyzuj…
Odszedłeś, to był ten moment kiedy powinnam rozpaść się na milion maleńkich kawałeczków, kiedy powinnam ronić łzy, powinnam… Tylko po czym? Skoro moje serce od dawna i tak było już puste, oczy wyschnięte, pięści zaciśnięte, plany w nieładzie, a we mnie, jak na ironię, pierwszy raz w życiu tyle sił do walki… o Siebie! To była najtrudniejsza walka w moim życiu, trwała latami, twoja może być krótsza, ale nie mniej owocna, nie czas gra tu główną rolę… Nie żałuję ani jednego dnia, ani jednej minuty, w której leżałam na łopatkach, bo akurat ktoś postanowił mi powiedzieć: zagalopowałaś się maleńka, to nie twoje miejsce, nie żałuję ani jednego momentu, w którym poobijana postanawiałam wstać, kiedy słyszałam nie dasz rady, jesteś kobietą, odpuść. Nauczyłam się być huraganem, który sam o sobie decyduje, który jest zawsze wyprostowany, który zaciska zęby i bez sentymentów zdmuchuje dany etap życia, nauczyłam się, że tylko nieliczne jednostki są warte, by zasłonić je własnym ciałem i że chcąc przyjąć kulkę za kogoś trzeba być absolutnie pewnym, że ten, którego życie akurat się ocaliło jest tego wart…
Wróciłeś, tak jak zapowiadałeś, gotowy na nowy początek… Ja też byłam gotowa na nowy początek, gotowa jak nigdy, więc uśmiechnęłam się do ciebie. Przez chwilę było mi cię autentycznie żal, naprawdę wierzyłeś w swoją magię przyciągania i niezrównaną moc, wierzyłeś, że możesz wrócić… A ja jedyne co wtedy mogłam ci powiedzieć to, nie dramatyzuj! Zniszczyłeś moje życie, jak huragan, jednocześnie tworząc najlepszą wersję mnie, za co jestem ci wbrew pozorom wdzięczna. Co wcale nie oznacza, że po ranach nie pozostały blizny… I, że ja zapomnę!


