Jeśli już odchodzisz, to zrób to porządnie!
Rozstanie, przerwanie pewnej nici łączącej nas z tym, co było dla nas ważne zawsze jest trudnym i bolesnym przeżyciem. Zazwyczaj decyzja o zakończeniu czegoś „istotnego” wypływa z jednej strony, a druga po prostu jest zmuszona to zaakceptować. Ból jest tym większy, jeśli załatwienie tej sprawy przebiega niezbyt elegancko, bezuczuciowo i po prostu w odczuciu zranionego człowieka boleśnie. Ponoć miłość z gatunku tych prawdziwych nie kończy się nigdy, trwa na zawsze w zakamarkach duszy i co rusz pozwala wspomnieniom budzić ją ze snu. Tylko czy to jest taka idealna recepta na to, by zapomnieć? By uleczyć poszarpane serce? By w końcu zaznać spokoju i próbować zacząć żyć na nowo?
Mężczyźni mają pewną zależność, z niezwykłą wręcz łatwością przychodzi im przecinanie liny łączącej ich z kimś, kto do tej pory był ich całym światem, komu obiecywali, że ich drogi nigdy się nie rozejdą i kogo mamili wizją wspólnej przyszłości, pokonywania trudów codzienności i czerpania z małych przyjemności. Niestety, gdy na ich ścieżce pojawiły się wyboje było to dla nich wystarczającym powodem, by się poddać, odwrócić i zapomnieć o tym, co było, co w sercu drugiej osoby wciąż jest żywe i co w tym momencie powoduje jej rozpadanie się na tysiące kawałeczków. Zapominanie przychodzi im zdecydowanie zbyt łatwo.
Kobieta do formy życiowej wraca dłużej, musi wszystko przepłakać, przeboleć, znaleźć na nowo cel, mężczyzna w pierwszej chwili zachłystuje się tym, że problem sam się rozwiązał… By po jakimś czasie stwierdzić, że