PS. Po ślubie się nie poukłada!

23 października 2019

Zaplanowaliśmy piękną ceremonię, a właściwie to ja zaplanowałam, bo mój wybranek po prostu dostosowuje się do wskazanych przeze mnie czynności, do tego, co w danym momencie należy, ale nic ponadto. Nie udziela się, bo chce, jest do tego zmuszony, twierdzi, że takie planowanie go męczy i nie ma w tym nic interesującego, więc wszystkie przygotowania wzięłam na siebie. Trochę boli mnie jego brak zaangażowania, ale wierzę, że po ślubie będzie lepiej, na pewno nie będzie zostawiał mnie z planami wakacyjnymi, zawodowymi, rodzinnymi czy też rozterkami i zmianami samej sobie, w końcu wtedy będziemy partnerami, nie jest przecież istotne, że obecnie żyjemy obok siebie, a nie razem. To wszystko powtarzam sobie namiętnie, by nie zwariować i się nie wycofać, w końcu tyle zainwestowała w ten związek. Tyle wyrzeczeń, tyle emocji i planów, uczuć cały ogrom i próśb, łez też trochę i uśmiechów spowitych mgłą zapomnienia.

Tak, wydaje mi się, że ten kolejny krok w relacji sprawi, że się poprawi, że na pewne sprawy, które obecnie są dla niego zupełnie nieważne spojrzy zupełnie inaczej, być może nawet niektórymi będzie zafascynowany, owładnięty jak ja. Przynajmniej to właśnie intensywnie sobie wmawiam, tylko po to, by przetrwać, by dać sobie szansę na wyobrażenie sobie sytuacji, w której to, co do tej pory nieistotne staje się dla niego po prostu ważne, tak jak dla mnie. Muszę sobie to z uporem maniak powtarzać, bo w przeciwnym wypadku nie dałabym rady powiedzieć tak, gdybym zaczęła to analizować zwariowałabym od postawionych wniosków, a ja chcę być szczęśliwa, może nawet trochę na siłę, ale przecież każda inwestycja musi się zwrócić prawda?

Nigdy nie był specjalnie wylewny, ale taki charakter, taka osobowość, pogodziłam się z tym, chociaż czasem brakuje mi ciepłych słów i rozmów, które nie miałyby końca. Cóż po cichu wierzę, że to się zmieni po złożeniu przysięgi, być może to naiwne, ale czy w małżeństwie nie chodzi o docieranie się? O partnerstwo i wzajemne zrozumienie? Nigdy nie był zainteresowany, jak to określał drobnostkami i głupotami, z których nic nie wynika, nie interesują go ozdoby, które żadnej innej funkcji poza wizerunkową nie pełnią, nawet jeśli chodzi o trochę radości na mojej twarzy, jest albo obojętny, albo nie w nastroju w takiej oto sytuacji. Nigdy też nie był nastawiony emocjonalnie do świata, zawsze skupiony na prostych sygnałach, na byciu w cieniu nie skłaniał się ku szaleństwom, na które od czasu do czasu miałam ochotę, ale wierzę, że po ślubie odrobinę wpadnie w wir tego, w czym żyję. Nigdy nie byliśmy podobni, inne sprawy są dla nas ważne, mamy odmienne spojrzenie na świat i w podsumowaniu żyjemy w innych trybach, ale czy to jest przeszkodą do wspólnego życia, skoro się kochamy i podjęliśmy decyzję o byciu razem na zawsze? Cóż…

Miłość w pojedynkę to tylko słabe uczucie, które nie jest w stanie udźwignąć codzienności, która oczywiście bawi, rozczula i daje satysfakcję, ale bywa też, że przygniata, osłabia i nie pozostawia złudzeń, że wszystko wyjdzie na prostą. To obowiązki i mierzenie się ze sobą nawzajem czasem bez końca, to bycie na granicy nie jedne raz i powroty z nad przepaści, to zmęczenie i frustracja, to bycie razem i osobno, to dąsy i rozterki, uśmiechy i grymasy, porządki i chaos, i te ciągłe przepychanki w najważniejszej przecież kwestii, kto ma rację! Jedno uczucie nie jest w stanie przenieść całego życia na swoich barkach i udawać, że nic się nie dzieje kiedy wszystko wokół temu przeczy. Ślub nic nie zmienia, a jedynie pieczętuje to, co nieuniknione. Nie sprawia magicznie, że relacja wpada na pozytywne tory, nie daje poczucia bezpieczeństwa, gdy przed przysięgą go brakowało, nie bije pokłonów przed uczuciem, które i tak balansowało na granicy, nie uskrzydla, gdy do tej pory podcinało skrzydła, nie jest niczym wzniosłym i pięknym, gdy do tej pory było zwyczajne i niepoukładane. Ślub jedynie utwierdza związek w linii, na której do tej pory się znajdował, nie poprawia, ale zdecydowanie bywa, że pogarsza. Spodziewamy się fajerwerków, podczas gdy nawet o małą iskrę czasem trudno. Spodziewamy się, że będzie fascynująco, pięknie i niepowtarzalnie, i bywa, ale nie w tej relacji, a jedynie w wyobrażeniach o niej. A chyba nie o zwiększenie natężenia pracy wyobraźni w dojrzałej i prawdziwej relacji chodzi.

Może o tym nie wiesz, ale ślub to nie lekarstwo na nieudaną relację… To antybiotyk, który zbyt często podawany przestaje działać, bo organizm tak się do niego przyzwyczaił, że nauczył się go ignorować, przed nim bronić i jego skuteczność sprowadził do zerowej. Ślub to podsumowanie oczekiwań, które nigdy nie miały szansy zderzyć się z rzeczywistością i to dlatego, że po nim obiecywaliśmy sobie zbyt wiele. Jeśli przed magicznym tak wiele się nie układało i nie było takie, jak sobie wymarzyliśmy, to niestety, ale po ślubie nie przybierze nagle odpowiednich torów, bo w twoim mniemaniu takie „przywiązanie” ma coś zmienić. Ślub to nie dożywocie, a jedynie kolejny etap, jeśli nie chcesz by był bezwartościowy, zastanów się, czy w ogóle jest sens w niego wkraczać? Zbyt dużo sobie chyba wyobrażasz po obrazku, który będzie chwilowy, bo te słodkie kolory zblakną, by w końcu zniknąć i pojawią się szarości, których w tej chwili nie chcesz się spodziewać ani dopuścić do głosu!

Joanna Chudoba

Pasjonatka ludzkich osobowości, psycholog amator bez dyplomu, ale ze zrozumieniem i doświadczeniem, jeszcze nie certyfikowany mediator… Lubująca się w książkach, kulturoznawczych smaczkach, sztuce ludzkich zachowań… Czynnie bawiąca się aktywnością fizyczną na siłowni, na której z uporem maniaka tylko kształtuje, absolutnie nie zwiększa masy, bo lubi być silna, ale drobna. Z aktywnością fizyczną ma też do czynienia podczas zajęć karate, na których uczy się samodyscypliny, równowagi, obrony i ataku, jak również filozofii harmonijnego życia...