Spowiedź skruszonego… To z tobą powinienem być!

20 października 2018

Wiedziałem co miałem, co zdobyłem, co trzymałem w rękach, jedyny mój błąd polegał na tym, że wydawało mi się, iż to, co nas łączy będzie trwało po wsze czasy i nic się nigdy nie zmieni, nawet jeśli zechcę byś czekała na najmniejszy mój ruch, gest, zainteresowanie. Wydawało mi się, że jesteśmy tak doskonale dopasowani, skrojeni na wymiar, że przecież nic takiego połączenia nie zmieni, nie rozerwie, nie zmiażdży. I faktycznie, nic nie było w stanie go pokonać, było silne i trwałe, aż moje przedłużanie każdej decyzji, moje odciąganie w czasie deklaracji zabiło to, co narodziło się lata temu.

Ukrywanie tego, że zrozumiałem swój błąd byłoby bez sensu, bo wiem, że straciłem cię bezpowrotnie, każda kolejna relacja, czy próba ułożenia sobie dojrzałej już egzystencji spełzała na niczym, nie dlatego, że brakowało mi zainteresowania, adoracji czy kandydatek, ale dlatego, że żadna nie była tobą… i już wiem, że żadna nigdy nie będzie. Od kiedy się rozstaliśmy szukam namiastki ciebie, bo uświadomiłem sobie, że miałem wszystko, czego szukałem i sam to zaprzepaściłem, zostawiłem to za sobą myśląc, że wszystko przede mną, podczas, gdy to ty byłaś tym wszystkim.

Cierpię, ale to zapewne wiesz, nie potrafię stłumić w sobie potrzeby odszukiwania ciebie we wspomnieniach, w obrazach, które przewijają się, gdy przymykam powieki, nie jeden już raz łza zakręciła mi się niemęsko w oku, nie jeden raz pojedyncza kropla stoczyła się po szorstkim policzku i nie jeden już raz zrozumiałem, że nic nie zmieni tego, co z taką zawziętością niszczyłem, nie posiadając nawet w tej materii jakiejkolwiek świadomości. Cierpię, bo cię nie ma, bo dzieli nas przestrzeń, która już nie pozwoli, by gdziekolwiek nasze linie życia się przecięły. Najbrutalniejsze jest chyba to, że to było takie kulturalne pożegnanie, takie pełne elegancji i zrozumienia. Niby poczułaś się zraniona, zawiedziona, ale nie robiłaś scen, nie próbowałaś prosić czy namawiać, po prostu zamknęłaś ten rozdział swojego życia i uśmiechnęłaś się do mnie ostatni raz.

Do dnia dzisiejszego, mimo że minęły już lata, w migawkach tego, co było przewija mi się twój uśmiech, taki spokojny, wyrozumiały, taki mój. Wiem, że czegokolwiek bym teraz nie zrobił, nie powiedział, nie zaplanował nic się nie zmieni, bo traktując cię jak pewnik straciłem podstawy do roszczenia sobie jakichkolwiek praw wobec ciebie. Czas jedynie przyzwyczaił mnie do tego, że nie ma cię obok, ze nawet nie ma cię w zasięgu moich możliwości i kolejnych starań. Zaprzepaściłem swoje marzenia i przyjdzie mi z tym żyć. Będę musiał żyć bez ciebie, życząc ci szczęścia w twojej drodze beze mnie.

Kiedyś powiedziałaś mi, że wiesz, że jesteś wyjątkowa w moich oczach, ale nie czujesz się taka w moich wyborach, coś w tym było. Dla mnie ty byłaś zawsze, a ja biegałem za swoimi małymi planami na mapie, którą kiedyś wytyczyłem i której chciałem się trzymać. Potrzebowałem spontaniczności, szybkich decyzji w mało ważnych sprawach i spokoju, gdy szedłem mozolnie po sukces. W ogóle nie brałem pod uwagę tego, że jesteś tym spokojem, sukcesem, tą inicjacją wszystkiego i tym planem na lepsze jutro, a teraz…

Teraz jestem z nią, a wiem, że powinienem z tobą, wiem też, że ją oszukuję, bo pomimo iż jest dla mnie ważna, to mam świadomość, że nigdy nie zajmie miejsca, które kiedyś ty piastowałaś, nigdy nie będzie dla mnie takimi emocjami, jakie ty wywoływałaś, nigdy nie będzie śmiała się tak jak ty i nigdy nie będzie potrafiła zrozumieć mnie nawet bez używania słów. Zranię ją częściową obojętnością i brakiem umiejętności, a może chęci zapomnienia o tobie, zranię ją tym, że nigdy nie zbudujemy takiej więzi, jaką zbudowałem z tobą już podczas pierwszej wymiany spojrzeń. Zranię ją, bo nigdy nie będę patrzył na nią z takim zachwytem i takim głodem, jak na ciebie, nigdy nie będzie dla mnie w takim samym stopniu pociągająca, piękna, powabna. Powiedz, co powinienem zrobić? Jestem z nią, bo nie chcę przejść przez życie samotnie, nie chcę być tylko reliktem przeszłości, ale ciągle w niej tkwię, bo jesteś tam ty.

Joanna Chudoba

Pasjonatka ludzkich osobowości, psycholog amator bez dyplomu, ale ze zrozumieniem i doświadczeniem, jeszcze nie certyfikowany mediator… Lubująca się w książkach, kulturoznawczych smaczkach, sztuce ludzkich zachowań… Czynnie bawiąca się aktywnością fizyczną na siłowni, na której z uporem maniaka tylko kształtuje, absolutnie nie zwiększa masy, bo lubi być silna, ale drobna. Z aktywnością fizyczną ma też do czynienia podczas zajęć karate, na których uczy się samodyscypliny, równowagi, obrony i ataku, jak również filozofii harmonijnego życia...